Anoreksja bulimiczna – Życie z wiedźmą

Wywiad z Mają Ż.* – byłą pacjentkąanoreksja-i-bulimia

Kliniki Nerwic Instytutu Psychiatrii

i Neurologii w Warszawie

Przeprowadziła: Dorota Dębczyńska

 

 

 

Pojęcie anoreksji pochodzi od greckich słów an oznaczające „brak” i orexis – „apetyt”, co tworzy synonim pojęcia, czyli „jadłowstręt”. Wyróżnia się dwa jej rodzaje: anoreksję restrykcyjną i anoreksję bulimiczną. Ta ostatnia dotyczy sytuacji, kiedy pacjent  sukcesywnie ogranicza ilość spożywanych kalorii, natomiast miewa okresy tzw. przejadania się, co następnie wynagradza sobie poprzez regularne wymioty czy systematyczne stosowanie tabletek przeczyszczających.

Każdy przypadek jest inny, poczynając od motywacji pacjenta, przebiegu jego choroby poprzez terapię, dlatego zachęcam do zapoznania się z przypadkiem Mai Ż., która cierpi od kilkunastu lat na zaburzenie odżywiania, jakim jest anoreksja bulimiczna.

Dorota Dębczyńska: Opowiedz, kiedy i w jakich okolicznościach trafiłaś do kliniki?

Maja Ż.: To było kilkanaście lat temu. Miałam niewiele ponad 20 lat. Mieszkałam i pracowałam za granicą, natomiast kilka razy w roku przylatywałam do rodziny i to oni zaaranżowali moje leczenie, widząc, w jakim stanie się znajduję. Jak się później okazało, moje przyjęcie na oddział  nie było takie proste.

DD: Co masz na myśli?

MŻ: Mam 160 cm. wzrostu i w tamtym okresie ważyłam 29 kg.. Moja waga wynosiła dużo poniżej BMI, natomiast większym problemem był za niski poziom potasu zagrażający życiu, dlatego też musiałam udać się do „normalnego” szpitala, ponieważ w klinice nie było oddziału ratunkowego. Dopiero po ustabilizowaniu wyników mogłam zostać przyjęta.

DD: Czy pamiętasz, kiedy i jak zaczęła się Twoja historia z chorobą?

MŻ: Bardzo dokładnie. Miałam ok. 19 lat i właśnie zakończyłam związek z chłopakiem, z którym myślałam, że spędzę resztę życia. Niestety, nie był mi wierny. Dowiedziałam się od znajomego, że obściskiwał się z jakąś blondynką na imprezie, pomimo że tak się dla niego poświęcałam. Postanowiłam, że pokażę mu, co stracił i wtedy postanowiłam się odchudzać.

DD: Co masz na myśli, mówiąc, że „poświęcałaś się dla niego”?

MŻ: Mój tata nie zgadzał się na nasz związek, co jawnie okazywał. Nie raz dostawałam szlaban na wychodzenie nie tylko z domu, ale i z pokoju przez tydzień przez to właśnie, że ktoś mu przekazał, że widział nas razem. Pamiętam, że mama do mnie przychodziła z jedzeniem czy po prostu porozmawiać. Kiedy moi znajomi chodzili na imprezy czy spotykali się, by pograć na boisku w siatkówkę, to ja siedziałam w domu i uczyłam się. Dzięki temu byłam jedną z najlepszych uczniów w szkole, to jedyny plus.

DD: Czy Twoja mama także nie aprobowała Waszego związku?

MŻ: Moja mama była neutralna, choć raz powiedziała mi, że jeśli się kochamy, to mogę odejść z domu, tylko że to nie była groźba, bardziej porada. Natomiast mama nie sprzeciwiała się tacie i nie wchodziła mu w drogę, kiedy mnie karał.

DD: Jak byś opisała swoje relacje z tatą?

MŻ: Trudno powiedzieć. Mój tata nie używał przemocy, jednak był wobec mnie bardzo oschły. Kiedy nie podobało mu się moje zachowanie, to mówił mamie: „Patrz, jak zachowuje się twoja córeczka!” albo prowadził ze mną rozmowy „o życiu”, przy czym dawał do zrozumienia, że jest wszechwiedzący, ja zaś na życiu się nie znam… Tak naprawdę ja zawsze bałam się taty. Kiedy miałam 25 lat i mieszkałam już od jakiegoś czasu za granicą, to bałam się mu powiedzieć, że palę papierosy, choć wszyscy inni wiedzieli, no i on sam był i jest nałogowym palaczem. Nie wiem dlaczego, ale bałam się jak wtedy, kiedy byłam dzieckiem. Tata miał przeszywające zimne spojrzenie i w swoich słowach był nieobliczalny. Dla mojej młodszej siostry był zupełnie inny – czuły i opiekuńczy, o co byłam zazdrosna, jednak mama starała mi się to wynagrodzić. Teraz, kiedy mam 38 lat i widuję się z rodziną kilka razy w roku oraz co raz na jakiś czas rozmawiamy na Skypie, to oceniłabym moje relacje z tatą jako neutralne, a nawet dobre.

DD: Wróćmy do momentu, kiedy zerwałaś z chłopakiem. Jak chciałaś mu pokazać, co stracił, jak to wcześniej określiłaś?


MŻ:
Wcześniej byłam trochę zbuntowaną nastolatką, choć z czerwonym paskiem na świadectwach. Ważyłam ponad 60 kg., nosiłam luźne swetry oraz szerokie poprzecierane spodnie, przez co wyglądałam na grubszą. Kiedy dowiedziałam się, z kim chłopak mnie zdradził, to postanowiłam, że schudnę, przefarbuję włosy i pokażę jemu oraz całemu światu,  jaka jestem naprawdę. Miałam dość tego, że nie cieszę się takim powodzeniem jak moje szczuplejsze koleżanki, choć mam więcej „oleju w głowie” oraz poczucie humoru. Poza tym uważałam się za ładną dziewczynę. Czułam się jednak gorsza, bo byłam grubsza. W głębi duszy byłam przekonana o swojej wartości, tylko czułam się niedoceniania, niezauważalna. Dlatego wprowadziłam dietę i dużo ćwiczyłam. Udało mi się wtedy schudnąć do 54 kg..

DD: I co było później?

MŻ: To był dla mnie sukces. Znajomi zauważyli zmianę i mi komplementowali. Chłopcy zwracali na mnie uwagę na ulicy. Zaczęłam nosić coraz bardziej dopasowane ubrania czy też krótsze bluzki oraz spódniczki. Rozjaśniłam także włosy… Natomiast pamiętam taką jedną noc, która zmieniła wszystko. Po schudnięciu „popuściłam pasa” i pozwoliłam sobie na wzięcie przekąsek z kuchni, które były w dużej salaterce. Usiadłam na fotelu przed telewizorem i obudziłam się w środku nocy… z pustą salaterką w dłoniach! Nie pamiętam, w którym momencie to wszystko zjadłam. Spanikowałam, że zmarnowałam cały proces odchudzania, że kilogramy mi powrócą, że namęczyłam się na marne. Nie zastanawiając się, poszłam do toalety i zmusiłam się do zwymiotowania.

DD: Co wtedy poczułaś?

MŻ: Ulgę i spokój, że rozwiązałam problem.

DD:  Kiedy to powtórzyłaś?

MŻ: Nie planowałam tego więcej robić. Miałam nadzieję, że to będzie jednorazowe, jednak niedługo potem mój tata zażartował sobie, że znowu zaczynam tyć. Powiedział to mamie przy mnie w kuchni, co mnie bardzo zabolało. Od tego momentu zaczęłam zmuszać się do częstszego wymiotowania, by nie dać nikomu możliwości do takiego komentowania.

DD: Jakie uczucie Ci wtedy towarzyszyło? Czy miałaś poczucie, że to jest dla Ciebie dobre bądź nie?

MŻ: Zależało mi na tym, by pozostać szczupłą, a ta metoda wydawała mi się najwygodniejsza – jesz ile chcesz i co chcesz, nie musisz ćwiczyć, a waga się nie zmienia,      a nawet spada. Po zwymiotowaniu czułam się błogo i uspokojona, że wszystko jest w porządku i nie muszę się już niczym martwić. Wtedy jeszcze nie mówiło się o anoreksji       i bulimii, a dziewczyny miały różne sposoby na odchudzanie, których nie można by zaliczyć do zdrowych.

DD: Jakie metody masz na myśli?

MŻ: Większość moich koleżanek stosowała „głodówki” czy też środki przeczyszczające.

DD: Jak długo udało Ci się z tym ukrywać?

MŻ: Bardzo długo, bo ponad pięć lat. To był okres, kiedy spędzałam dużo czasu na uczelni oraz rodzice pozwalali mi na wyjścia ze znajomymi, więc „odbijałam sobie” to, czego nie mogłam robić w liceum. Dodatkowo dostałam możliwość wyjazdu za granicę w celach naukowych, z czego też skorzystałam. Tam poczułam całkowitą wolność. Mogłam robić, co chciałam, nikt mi niczego nie zakazywał. Natomiast kiedy przyjeżdżałam z powrotem do domu, to zbywałam komentarze o szczupłą sylwetkę żartami, że prowadzę studenckie życie      i jem jak typowy student. Dopiero kilka lat później w święta Bożego Narodzenia przekazano mi, że rodzina była zmartwiona moim wyglądem, objadaniem się przy stole oraz częstymi wizytami w toalecie. Zapytano mnie poważnie i wprost, czy nie cierpię na anoreksję.

DD: Co odpowiedziałaś? Jak zareagowałaś?

MŻ: To była rozmowa telefoniczna, więc się rozłączyłam. Napisałam sms’a, że nie chcę mieć kontaktu z dalszą rodziną, która mnie obgadywała – tak to wtedy odebrałam.  Do rodziców i siostry nie odzywałam się przez trzy miesiące. Wysyłali mi wiadomości, listy, dzwonili. Dłużej nie wytrzymałam i odnowiliśmy kontakt. Rozmawiałam z siostrą o tym problemie, z mamą też. Powiedziałam im wszystko. Tata był neutralny – świadomy, co się dzieje, ale nie rozmawiał ze mną o tym.

DD: Kiedy informacja o problemie stała się jawna, to jak dalej potoczyła się historia?

MŻ: Oczywiście, rodzina nalegała na leczenie, proponowała pójście do terapeuty, czego nie chciałam zrobić. Miałam pewne stanowisko w wymarzonej firmie za granicą, urządzone mieszkanie i wszystko zaplanowane na drodze kariery. Jednak rodzina, szczególnie siostra, nalegała. Przesyłali mi informacje o osobach cierpiących na anoreksję i bulimię, dawali książki o tych zaburzeniach. Pewnego dnia otrzymałam informację od siostry, że mama jej koleżanki zna lekarkę z Instytutu i po obejrzeniu moich zdjęć od razu skontaktowała się z nią i zapytała, jak wygląda procedura i czy byłaby możliwość przyjęcia mnie na oddział. Zdawałam sobie sprawę, że mam problem, że moja waga jest nienaturalnie niska (29 kg.), że jestem uzależniona od wieczornego objadania się i wymiotowania, że jestem chora. Odbyłam też kilka rozmów „na dywaniku” ze swoim szefem, który martwił się moim stanem zdrowia. Otrzymałam sygnał, że muszę coś z tym zrobić. Bałam się, że zostanę zwolniona, że z takim wyglądem nie znajdę nowej pracy. Nie bałam się śmierci, tylko właśnie tego, że stracę pracę. Dlatego też wzięłam długi urlop, kupiłam bilet do Polski, gdzie początek mojego leczenia miał być zaaranżowany.

DD: Jaka diagnoza została Ci postawiona?

MŻ: Anoreksja bulimiczna. Wcześniej byłam pewna, że cierpię na bulimię, ponieważ nie ograniczałam się w kwestii jedzenia, wręcz obżerałam się bez przerwy po przyjściu z pracy i wymiotowałam kilka razy. Jednak na pierwszych zajęciach terapeutycznych wyprowadzono mnie z błędu.

DD: Proszę, opisz swój pobyt w klinice.

MŻ: Moje leczenie trwało trzy miesiące, przy czym na weekendy wracałam do rodziców. Poznałam innych pacjentów w różnym wieku, obu płci z różnymi chorobami, nie tylko z zaburzeniami odżywiania. Starałam się wzbudzić sympatię koleżanek, jednak przekonałam się, że one miały inne intencje, niekoniecznie pozytywne. Były też bardzo chwiejne – przy mnie mówiły jedno, a na zajęciach co innego. Same zajęcia terapeutyczne wspominam bardzo dobrze, ponieważ pomogły mi ćwiczyć nad pozytywnym postrzeganiem swojego ciała i charakteru. Terapia indywidualna niewiele mi dała, ponieważ przydzielono mi młodą psycholożkę, pewnie stażystkę, która nie była mi w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie i zbywała stwierdzeniem, że „musi wszystko omówić z prowadzącym”. Sam pobyt w Polsce, klinika, weekendy w domu powodowały we mnie irytację. Głównym powodem było to, że wymagano ode mnie, bym odbyła poważną rozmowę z ojcem, powiedziała mu, co mnie boli, uświadomiła go, że mnie ranił, ale żebym my także wybaczyła. Nigdy nie doszło do naszej rozmowy i zapewne nie dojdzie. Chciałabym też dodać, że po wyjściu z kliniki w Polsce nie zakończyłam swojej terapii, ponieważ dalej ją kontynuowałam w klinice w Belgii. Tam także spędziłam trzy miesiące i poznałam wiele wspaniałych dziewczyn, z którymi utrzymywałam długo kontakt po zakończeniu leczenia. O wiele lepiej czułam się w towarzystwie ludzi z podobnym zaburzeniem co ja, choć u każdej z nas objawy wyglądały inaczej. Piłam zalecane koktajle proteinowe, przytyłam do prawie 50 kg, nabrałam kobiecych kształtów, z czego bardzo się cieszyłam, tzn. z tych kształtów, niekoniecznie z wagi.

DD: Często mówi się, że osoby ze stwierdzoną anoreksją mają zaburzony obraz własnej osoby, uważając się za grubsze i dążące do wręcz dziecięcych rozmiarów. Czy Ty też tak siebie postrzegałaś?

Unknown-4.jpegMŻ: Na początku chciałam schudnąć, jednak nie podobały mi się wychudzone sylwetki czy widoczne wystające kości. Wręcz przeciwnie – podziwiałam kobiece figury koleżanek, szczególnie biust, który mi całkowicie „zszedł” po schudnięciu czy ładne pupy. Ja sama chciałam być jednak drobna, filigranowa, choć kiedy uzyskałam taki wygląd, to byłam tego świadoma.

DD: Czy mogłabyś coś powiedzieć, jakie podejście do kwestii ciała, odchudzania czy wyglądu mieli/mają Twoi rodzice?

MŻ: Wspomniałam, że mój tata komentował mój przyrost wagi, żartując sobie z tego czy też wytykając palcami. Raz usłyszałam, jak mówił, że „jego córki nie mogą być grube”, ale nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam. Sam miał wcześniej problemy z wagą, jednak obecnie jest wręcz wychudzony, a kiedy widzi swoje zdjęcia, to komentuje, że jest gruby. Nie wiem, czy się zgrywa, czy mówi to poważnie. Mama natomiast to elegancka i bardzo szczupła kobieta, zawsze nienagannie ubrana i z burzą blond włosów. Wszyscy moi znajomi ją komplementują, twierdząc, że wygląda na dużo młodszą. Bardzo ją kocham, jednak zdaję sobie sprawę, że jest zwolenniczką bardzo szczupłych sylwetek. Przed urodzeniem mnie ważyła ok. 60 kg. przy takim samym wzroście co ja, jednak kilka miesięcy po porodzie schudła do niecałych 50 kg. i utrzymuję tę wagę do dzisiaj. Widzę u niej niepokojące objawy jak np. picie przeczyszczających herbatek czy hektolitrów kawy, branie środków na wypróżnienie oraz jedzenie bardzo małych porcji.

DD: Wspomniałaś, że Twój ojciec skomentował Twój wygląd, a czy robiła to mama?

MŻ: Nie. Mama może mnie aż tak bardzo nie chwaliła w kwestii sylwetki, ale też nie krytykowała. Nieraz jednak usłyszałam od niej, że mam ładne włosy, oczy, cerę i że po prostu jestem ładna.

DD: Wróćmy do okresu, kiedy byłaś w klinice. Rozumiem, że już nie wymiotowałaś.

MŻ: Nigdy nie zaprzestałam wymiotowania, jednak w tamtym okresie robiłam to tylko raz dziennie. W polskiej klinice chodziłyśmy do toalety dwójkami lub w towarzystwie personelu, jednak w belgijskiej nie byłyśmy aż tak pilnowane. Nie byłam w stanie zrezygnować z wymiotowania i wcale nie miałam na uwadze utrzymanie wagi. Wymiotowanie dawało mi poczucie ulgi, wejście w stan satysfakcji, kontroli nad sobą samą. Czułam się jak po udanej prezentacji czy wręcz odniesieniu sukcesu w pracy.

DD: A jak byś się czuła, gdybyś nie zwymiotowała?

MŻ: Złość, irytację, smutek. Nie bałam się aż tak bardzo o sylwetkę, jak na początku. Racja, nie chciałam ważyć blisko 50 kg., jednak cały dzień oczekiwałam momentu, kiedy wrócę do domu i zrobię sobie tzw. ucztę. To był tylko czas dla nas.

DD: Dla „nas”?

MŻ: Tak, dla mnie i mojej choroby, którą nazywam „Wiedźmą”. Nie brzmi to zbyt pozytywnie, jednak kocham ją i nienawidzę zarazem. Póki nie zwymiotuję mówi mi, że jestem beznadziejna, że zostanę na pewno zwolniona, że do niczego się nie nadaję, że nikt mnie nie kocha, bo i po co miałby? Kiedy jednak to zrobię (zwymiotuję), to jest zadowolona, chwali mnie.

DD: Powiedziałaś, że robisz sobie tzw. uczty? Jak to wygląda?

MŻ: W zależności od tego, na co mam ochotę, to to przygotowuję. Pamiętam, jak po pracy zajechałam do McDonalda i kupiłam dziesięć hamburgerów, które wszystkie zjadłam przed przyjechaniem do domu. Jestem w stanie jeść przez kilka godzin, poczynając od godziny 20.00 do 2.00 w nocy wszystko, co akurat mam pod ręką. Mieszam słodkie ze słonym, popijam zupkami chińskimi czy nawet alkoholem. Zdarza mi się uzewnętrznić w sytuacjach, w których wolałabym, by mój problem nie wyszedł na wierzch, np. na imprezie firmowej sami grillowaliśmy mięso i byłam na tyle głodna, że zaczęłam jeść półsurowego kurczaka. Widziałam te zszokowane miny i słyszałam co niektóre komentarze: „Maja, to jeszcze nie jest gotowe”, jednak nie mogłam się powstrzymać.

DD: Czy nie próbowałaś nałożyć sobie standardowej porcji i ograniczeniu się, żeby tylko to zjeść, co zaplanowałaś?

MŻ: To nie takie proste. Ja czuję ogromny głód, ból w brzuchu, głos „Wiedźmy” w głowie, które nie mijają ze zjedzeniem standardowej porcji. Kiedy zjem za dwóch, ja nadal jestem głodna. Z jednej strony czuję, że jedzenie już mi się nie mieści, „siedzi” w gardle, jednak głód nie mija. W takiej sytuacji idę do toalety, robię, co muszę i kontynuuję jedzenie, a następnie znowu idę zwymiotować. Na początku musiałam sama wkładać sobie palce do gardła, teraz jednak wystarczy, że się nachylam i „samo idzie”. Nie męczę się i nic nie słychać. I tak przez kilka godzin aż się uspokoję i będę zadowolona.

DD: Zauważyłam, że mówiąć o swojej chorobie używasz czasu teraźniejszego…

MŻ: Moja historia nie zakończyła się happy endem i całkowitym wyleczeniem. Zrobiłam kilka kroków do tyłu w porównaniu z okresem, kiedy wyszłam z obu klinik. Chodzę do lekarza, ale tylko po receptę na psychotropy. O nic mnie nie pyta, nie kieruje do innego specjalisty, a ja też tego nie inicjuję. Nie utrzymuję kontaktów z ludźmi z kliniki oprócz tego, co widzę na ich tablicy na Facebooku. Codziennie organizuję sobie uczty, po których wymiotuję. Ważę niewiele ponad 40 kg.. Najbardziej żałuję zębów, które straciłam. Nie mam jeszcze 40 lat, a już noszę sztuczne protezy. „Wiedźma” jest ze mną cały czas i pogodziłam się z tym, że będziemy ze sobą do końca życia. A ja nie chcę i nie zrobię niczego, by to zmienić.

DD: Dziękuję za rozmowę.

 

Dorota Dębczyńska – psycholog

* Imię i inicjały zostały zmienione na prośbę pacjentki

 

Przeczytaj:

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s